|
|

 |
Artyku³y » ~ Archiwum » [Nr 8/84] Niecierpliwość |
O tym, że Bieszczady przez półwiecze ich turystycznej eksploatacji zachowały status gór dzikich i niebezpiecznych świadczą przedwakacyjne rodzinne debaty w wielu polskich domach. - Jechać, czy nie jechać, poznać wreszcie Bieszczady, czy też przezornie trzymać się od nich z daleka? Któż tam pospieszy z pomocą? Wakacje w Bieszczadach dla tych, którzy tu nigdy nie byli uważane są za przedsięwzięcie o znacznym stopniu ryzyka, niemalże na pograniczu sportów ekstremalnych. O Bieszczadach najczęściej wie się tyle, że tutejsza cywilizacja ogniskuje się w Polańczyku i Solinie, a cała reszta tajemniczej krainy wygląda tak, jak ją Gerhard ongiś opisał, albo tak, jak w „Bazie ludzi umarłych” na ekranie w tonacji czerni i bieli pokazano, a sam tytuł filmu już wystarczająco odstrasza. Prasa uwypukla specyfikę bezludnej krainy rządzonej rytmem pierwotnej przyrody, krainy wielkich przestrzeni i niczym nie zmąconej ciszy. Amator wakacyjnego wypadu w Bieszczady jest przeświadczony, że ciszę trzeba szczególnie szanować, bo tylko wówczas usłyszeć można budzący grozę delikatny szelest zdradziecko pełznącej żmii. Strach rośnie i potężnieje. Jechać w Bieszczady i się bać, czy też nie bać się i nie jechać. Bo jak tu się nie bać, nie tyle nawet o siebie, co o najbliższych, o dzieci zwłaszcza, bo wiadomo, że jeśli się nieszczęście przydarzy - sczeznąć przyjdzie wśród gór.
Górska cisza doczekała się wielu znakomitych literackich opisów, wkomponowana w krajobraz falistego horyzontu, zieleń lasów i błękit wód, stała się hasłem promującym Bieszczady. Cisza – jeśli ją nutami udokumentować – jest muzyczną ilustracją prawdziwych, głębokich, dalekich od zgiełkliwego świata Bieszczadów. Cisza jest obiektem kultu, zdarza się jednak, iż jak na wybawienie czeka się na moment, kiedy cisza pęknie, kiedy z dalekiej, ledwo wyczuwalnej wibracji powietrza zmieni się w trudny do wytrzymania hałas. Na pomoc z nieba, na śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego czeka się w dowolnym punkcie Bieszczadów kilkanaście minut, nastawiając ucho na północny zachód, w kierunku Sanoka. Długo? Najczęściej krócej niż w plątaninie ulic zakorkowanych wielkomiejskim ruchem. Żółta latająca maszyna z lekarzem na pokładzie i całą skomplikowaną medyczną elektroniką godną szpitalnego oddziału ratunkowego wchodzi do akcji na śródleśnej polanie, na wyspie na Zalewie, na boisku w środku wsi, na łące opodal lasu i na czarnym asfalcie krętej, pozawijanej w serpentyny szosy. Czasem wydaje się, że czeka się długo, zbyt długo i dlatego z nadzieją zmieszaną ze zniecierpliwieniem spogląda się w niebo, czekając aż cisza zostanie złamana. - Obiektywny czas pokazują wskazówki zegarka; często wyścig o życie łatwiej wygrać w Bieszczadach niż w centrum milionowej aglomeracji – mówi ratownik GOPR, dla którego współpraca z latającą karetką jest chlebem codziennym.
Woda wzmacnia dźwięk. Wielka bieszczadzka woda, Jezioro Solińskie, jest strefą ciszy. Słychać jedynie łopot białych żagli przy zwrocie, czasem plusk wioseł kajaka, czasem jednak czeka się na ryk silnika ratowniczej motorówki. Na wąskim skrawku brzegu, gdzie stromy zalesiony stok styka się z wodą, ktoś czeka na pomoc. W takim miejscu, czyli na wielu kilometrach skomplikowanej linii brzegowej jej nadejście anonsowane jest niecodziennym na jeziorze hałasem czynionym przez szybką łódź Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. – Najkrótszą trasą przez jezioro docieramy tam, gdzie nie ma dróg, tam, gdzie pogotowie nie dojedzie i tam, gdzie teren nie pozwala na lądowanie śmigłowca. Do minimum skracamy czas między wezwaniem pomocy a interwencją lekarza – ratownik WOPR wyjaśnia tajniki swej nadwodnej służby.
Przed laty dla wakacyjnych przybyszów Ustrzyki Dolne i Lesko, dwa bieszczadzkie miasteczka z ich szpitalami, przychodniami lekarskimi, aptekami a przede wszystkim stacjami pogotowia ratunkowego traktowane były jako jedyne zaplecze medyczne. Ale z gór do miasta wcale nie jest blisko. – Jechać w te góry z małymi dziećmi i co zrobić jak nagle się rozchorują? Brać na wakacje babcię, przecież niedomaga od czasu do czasu? Dziadek chciałby kilka dni od życia w bloku odpocząć, ale czy ryzykować z jego zdrowiem, kto mu tam w razie pilnej potrzeby pomoże? Jeszcze niedawno retoryka przedwakacyjnych pytań była oczywista, dziś lokalizacja stałych, głęboko w Bieszczadach rozsianych stacji pogotowia ratunkowego – w Cisnej, Lutowiskach, Polańczyku i letniej sezonowej w Ustrzykach Górnych jest działaniem zarówno na miarę rzeczywistych potrzeb wyliczonych drogą medycznej statystyki, jak i przedsięwzięciem na rzecz poczucia bezpieczeństwa każdego z przybyszów. – Ludzie płacą składki na fundusz zdrowia, więc choćby poczucie bezpieczeństwa, w imię hasła wakacje bez stresu, się im z tego tytułu należy – komentuje sens swojej pracy na prowincjonalnym posterunku dyżurny ratownik z załogi karetki, w każdej chwili gotowej do natychmiastowego wyjazdu. Pojedzie i głośno będzie wyła. Bieszczadzką ciszę zakłóci; ktoś na to wycie niecierpliwie czeka.
Jakub Demel
|
|
 |
[Nr 8/84] Niecierpliwość |
|
|