Jak pamiętam, o problemach ustrzyckiego szpitala mówiło się od bardzo dawna. Mówiło się o nich ale też i pisało we wszystkich możliwych mediach. Nie ma chyba w powiecie bieszczadzkim drugiej takiej instytucji, której poświęcono by tyle uwagi. Ale też żadna inna instytucja nie prowokowała tak jak ustrzycki szpital by się nią zajmować w tak szczególny sposób. Ciągła karuzela kadrowa, narastające zadłużenie szpitala, brak inwestycji i na koniec żądania płacowe pracowników doprowadziły do tego, że szpital zaczął sprawiać wrażenie instytucji „martwej”, nie mogącej już dłużej podołać obowiązkom, do których został powołany. Brak sukcesów, brak perspektyw doprowadziły w końcu do tego, że najbardziej wartościowi lekarze zaczęli opuszczać tę placówkę.
Panaceum na te wszystkie problemy miało okazać się zatrudnienie na stanowisku dyrektora człowieka z zewnątrz. Miał on jak można wtedy było usłyszeć z ust decydentów w sposób nieskażony miejscowymi układami ogarnąć to wszystko, opracować program naprawczy i go wdrażać. Niestety jak to w życiu bywa założenia okazały się zbyt idealistyczne a i osoba kandydata na to stanowisko tak w samym środowisku jak i po za nim budziła dużo kontrowersji. Maciej Flemming zjawił się w Ustrzykach jak przysłowiowy „grom z jasnego nieba”. Czyli mówiąc po ludzku ni stąd ni zowąd. Dochodziły do miejscowego społeczeństwa różne, sprzeczne ze sobą informacje o jego odejściu z Wytwórni Papierów Wartościowych której był dyrektorem. Jedne źródła mówiły, że musiał odejść bo nie dawał sobie rady. Inne zaś, że odszedł z przyczyn czysto politycznych po kolejnej zmianie władzy. Bez względu na to jakie były przyczyny jego odejścia z Wytwórni od samego początku zastanawiające było dlaczego zdecydował się opuścić Warszawę i zajął się uzdrawianiem sytuacji w małym szpitalu gdzieś w Bieszczadach. Nikt mi przecież nie powie, że nie znalazłby sobie roboty w Warszawie. Jednak nie o motywy w tym wszystkim chodzi, bo nie one tu były najważniejsze. Najważniejszą ze względu czysto praktycznych miała być fachowość kandydata w prowadzeniu tego typu placówki. Niestety tego Maciejowi Flemmingowi zabrakło. Już w lutym br pisaliśmy o tym, że ma problemy przynajmniej z częścią załogi. Nie potrafił sobie poukładać tych stosunków przez co później co rusz wybuchały jakieś konflikty. Jak nie kadrowe, to płacowe. Dyrektor miał jeszcze jedną złą manierę. Kochał klakę a nienawidził krytyki. Pojawiło się w naszej gazecie kilka materiałów mówiących o pozytywnych zmianach dokonywanych w szpitalu. Otwierały nam one dostęp do dyrektora o każdej porze dnia. Ukazał się jednak jeden artykuł kwestionujący z punktu widzenia potrzeb szpitala zasadność zakupu niektórych urządzeń, a staliśmy się jak stwierdził w rozmowie ze mną , gazetą z którą nie chce mieć nic wspólnego. Tak więc wiele rzeczy zależało u Macieja Flemminga od dobrego humoru i samopoczucia, mniej od racjonalnych przesłanek i obiektywizmu.
Maciej Flemming to już przeszłość ustrzyckiej służby zdrowia. Z dniem 30 czerwca nie przedłużył kontraktu przez co automatycznie rozwiązał umowę o pracę. Pozostawił po sobie wbrew pozorom bałagan, skłóconą załogę, nierozwiązane problemy płacowe i kadrowe. Zamontowanie automatycznych drzwi w szpitalu, nowej windy i zakup kilku urządzeń to za mało by można byłoby wystawić mu pozytywną ocenę. Niewiadoma pozostaje jeszcze kondycja finansowa szpitala. Aż boję się pomyśleć co może wykazać niezależny audyt, który te finanse mam nadzieje będzie badał.
Organ założycielski czyli starostwo ma znowu problem. Problem, który w pewnym sensie sam sobie stworzył, zatrudniając na stanowisku dyrektora szpitala osobę, którą przerosły problemy, których podjął się rozwiązania do tego bez wymaganych referencji menedżerskich Kotwicz służbie zdrowia.
Andrzej Kotowicz
|