|
|

 |
Artyku³y » ~ Archiwum » [2/114] Początkowo Ustrzyki były dla mnie miejscem zsyłki |
Pochodzę z Uhnowa, maleńkiego kilkutysięcznego miasteczka w ówczesnym powiecie tomaszowskim w Województwie Lubelskim. Historia tego schludnego i czystego miasteczka sięga czternastego wieku. Ojciec mój był szewcem a mama zajmowała się domem i wychowaniem dzieci. Ja byłem najstarszy a oprócz mnie było jeszcze czworo rodzeństwa. Już po przesiedleniu do Ustrzyk urodził się mój najmłodszy brat. Sytuacja materialna mojej rodziny nie była może cudowna, ale zapewniała w miarę spokojne życie. Szewstwo ojca zabezpieczało rodzinie podstawowe środki utrzymania. Największym problemem naszego uhnowskiego życia był konflikt wywołany przez ukraińskich nacjonalistów. Liczne napady, grabarze i morderstwa sprawiły, że w 1943 roku uciekliśmy z Uhnowa. Do rodzinnego domu powróciliśmy dopiero po pięciu latach w 1948 roku. Mieliśmy możliwość i konkretną propozycję wyjazdu do Bytomia, ale powszechne przekonanie o rychłym wybuchu wojny i strach mamy przed Niemcami sprawiły, że wróciliśmy na stare śmiecie. Chałupę zastaliśmy zdemolowaną. Podczas naszej nieobecności stacjonował w niej oddział kawalerii i dla łatwiejszego wyprowadzania koni żołnierze rozebrali jedną ze ścian. Trzeba było dom naprawić i ledwie rodzice to wszystko jakoś ogarnęli, nadszedł rok 1951 i przyszła decyzja o przesiedleniu. Byłem wówczas w siódmej klasie szkoły podstawowej. Dokładnie nie pamiętam, ale informację o przesiedleniu otrzymaliśmy gdzieś w kwietniu lub w maju. Przede mną była decyzja o wyborze miejsca dalszej nauki. Możliwości były niewielkie. W pobliżu Uhnowa były dwie średnie szkoły w Bełzie i Tomaszowie Lubelskim, obie daleko od domu a poza tym zapowiedziane zostało przymusowe przesiedlenie i podróż w nieznane. Poza tym ojca nie bardzo było stać na utrzymanie mnie w szkole. Pomógł mi stryj – brat ojca, który był księdzem. Podczas odwiedzin u stryja w parafii pod Przeworskiem z jego ust padła obietnica załatwienia szkoły dla mnie. Dzięki jego staraniom uzyskałem możliwość uczenia się w gimnazjum w Zduńskiej Woli. Podczas wakacji poprzedzających mój wyjazd do szkoły pomagałem rodzicom w przygotowaniach do przesiedlenia. Pakowaliśmy cały dobytek. Ojciec wymyślił ręczną maszynę do zwijania siana. Kręciło się ręcznie i deptało siano. Powstawały zwoje siana około metr na metr, podobne do dzisiejszych bali, wówczas nazywano je buntami. Urządzenie to pożyczali sąsiedzi i wszyscy wspólnymi siłami przygotowywali się do wyjazdu. Wyjazd planowany był na koniec sierpnia bądź początek września. Nikt nie znał zasad, według których przesiedlano poszczególne rodziny. Stało się jednak tak, że moja rodzina została przesiedlona ostatnim transportem, pod koniec października 1951 roku. Ja w samym przesiedleniu bezpośrednio nie uczestniczyłem, bo znajdowałem się w tym czasie w szkole. Do Zduńskiej Woli pojechałem ze stryjem. Było to Gimnazjum Ojców Orionistów, szkoła normalna, ale prowadzona zgodnie z zasadami zakonnymi. Pierwsze dwie klasy 8 i 9 były prowadzone dla wszystkich. Po tych dwóch latach należało podjąć decyzję, bądź o roku nowicjatu i dalszym kształceniu na zakonnika, bądź też o kontynuowaniu edukacji w innej szkole. Życie w takiej szkole było nieporównywalne z dzisiejszym. O godzinie 6 rano była pobudka, pozdrowienie Laudetur Iesus Christus, czyli Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i modlitwa. Wszyscy wstawali, następowała gimnastyka i wyjście na mszę do kaplicy. Po mszy śniadanie, zawsze zupa, przeważnie żurek i kromka chleba. Po śniadaniu wyjście do szkoły. Nauka w szkole trwała do godziny 14. Po powrocie najczęściej postny obiad, jak trafiło się kawałek mięsa, to był to dzień wyjątkowy. Po obiedzie do godziny 16.00 czas wolny. Wtedy można było dwa razy w tygodniu wyjść do miasta. Aby to uczynić należało zapisać się u furtiana. Od 16 do 18 nauka własna. Każdy siadał nad książkami. Słabsi w nauce mogli liczyć na pomoc starszych i lepszych kolegów. O szóstej wieczorem nieszpory a o 7 kolacja. Po kolacji modlitwa i czas wolny do 21. Do dyspozycji mieliśmy czytelnię, gdzie można było poczytać, czy tez pograć w szachy, bądź warcaby. O 21 mycie, a pół godziny później cisza nocna. Była bieda okrutna. Nikt nie dbał o czystość i higienę. Młodzi chłopcy nie mieli w nawyku codziennego mycia, więc na salach często panował smród. Księża uczyli nas zasad czystości i higieny, między innymi poprzez sprawdzanie czystości nóg oraz porządku na salach. Było jednak biednie i głodno. Pamiętam jak pewnego dnia poszliśmy pomagać przy rwaniu pomidorów. Klasztor posiadał własne gospodarstwo rolne i można powiedzieć, że był samowystarczalny. Nie wiem ile ich zjadłem podczas tej pracy, ale smak tych pomidorów pamiętam do dzisiaj i nie zapomnę go do końca życia.
W Ustrzykach Dolnych a dokładnie w Brzegach Dolnych znalazłem się, a raczej moja rodzina po słynnej wymianie odcinków przygranicznych pomiędzy Polską a ówczesnym Związkiem Radzieckim w jesieni 1951 roku. Naszą rodzinę zaplanowano przesiedlić do Łodyny. Po drodze na Łodynę ojciec zobaczył pierwszy dom na Brzegach i poprosił żołnierzy, aby go tutaj wysadzono. Żołnierzom z eskorty było wszystko jedno, więc ich wysadzono. Ojciec mówił: „ja mam przecież dzieci, muszę je wysyłać do szkoły do Ustrzyk a im dalej od miasta tym gorzej”. Tym bardziej, że nie miał żadnego pojęcia jak daleko leży ta Łodyna. Chata, którą zajęli rodzice, była bardzo biedna, jednoizbowa z klepiskiem. Kryta była strzechą sięgającą prawie ziemi a maleńkie okna ledwie przepuszczały światło dzienne. Prawdę mówiąc to w dzisiejszych skansenach można znaleźć o wiele lepsze domy od naszej ówczesnej chaty. Do naszego domu pozostawionego w Uhnowie nie było po prostu żadnego porównania. Pierwsza zima po przesiedleniu jeszcze, jako tako minęła, bo wszyscy posiadali zapasy przywiezione ze sobą, ale później nastąpiła prawdziwa bieda. Pracy praktycznie nie było a większość ludzi przesiedlonych z Uhnowa zajmowała się w swoim życiu handlem i rzemiosłem, nie mając wiele wspólnego z rolnictwem. Tymczasem tutaj jedynym sposobem na przeżycie była uprawa ziemi. Co z tego jednak, że mojemu ojcu przyznano po przeliczeniu prawie 25 hektarów ziemi, skoro była ona najniższej klasy i w większości położona na zboczach i wertepach. Ojciec mój nie miał ani możliwości ani umiejętności gospodarowania w takich warunkach. Bieda była tak dokuczliwa i tak powszechna, że i szewstwo nie dawało możliwości utrzymania rodziny. Jak ludzie otrząsnęli się po przyjeździe i zobaczyli, dokąd ich przesiedlono, to wielu ogarnęła czarna rozpacz. Uhnów to było miasteczko z ulicami budynkami i infrastrukturą, biedną, ale istniejącą. Tutaj w Ustrzykach zastali nędzę bród, smród i ubóstwo.
Jak już wcześniej wspomniałem w momencie przesiedlenia przebywałem w gimnazjum w Zduńskiej Woli. Nowy adres pobytu rodziców otrzymałem listownie i po raz pierwszy wybrałem się do nowego miejsca zamieszkania przed Świętami Bożego Narodzenia w grudniu 1951 roku. O Ustrzykach Dolnych nie miałem pojęcia ani co to za miasto, ani gdzie leży. Jedno, co wiedziałem to tylko tyle, że znajduje się gdzieś w Województwie Rzeszowskim. Byłem wówczas czternastoletnim chłopcem, niskiego wzrostu i raczej nikłej postury. Swoje rzeczy zapakowałem w tekturową walizkę i wyruszyłem koleją w nieznane. Pierwszy etap prowadził ze Zduńskiej Woli do Łodzi. Tam musiałem przejechać z dworca Łódź Fabryczna na dworzec Łódź Kaliska, skąd miałem dalsze połączenie. Dostałem się tam i czekałem na pociąg. Czas oczekiwania skracałem sobie obserwowaniem ludzi. Moją uwagę zwrócił mężczyzna spacerujący z dużą walizką. Podszedł obok dwóch kobiet zajętych rozmową i swoją wielką walizę nałożył na elegancką walizkę jednej z kobiet. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom.. Po nałożeniu walizki odszedł z nią zabierając walizkę kobiety. Narobiłem krzyku, ale złodziej zniknął między wagonami i tyle go widziano. Z Łodzi pojechałem do Skarżyska, tam przesiadłem się na pociąg do Rozwadowa a kolejne miejsca przesiadek to Rzeszów, Jasło i w końcu Zagórz. W Zagórzu byłem późnym wieczorem. Czytam napis na pociągu: Krościenko, ale kolejarz powiedział mi, że pociąg ten jedzie przez Ustrzyki Dolne. Wsiadłem do zimnego wagonu i zdziwiłem się, że był zupełnie pusty. Posiedziałem trochę i przeszedłem dalej pociągiem i trafiłem w końcu do ogrzewanego wagonu z ludźmi. Nagle usłyszałem krzyk: Cześć Franiu!. Była to pani Janka Uszakowa(dzisiaj Janina Toporowska) nasza sąsiadka.. Gdzie ty jedziesz - zapytała - do rodziców do domu - odpowiedziałem. A wiesz gdzie to jest? - Nie mam pojęcia i prawdę mówiąc to chce mi się płakać – przyznałem szczerze. Siedź z nami nic się nie martw wszystko Ci pokażemy – pocieszyła mnie Janka. Patrzę przez okno, dookoła góry, ciemno i wlekący się pociąg. Dokąd ja dojadę? Na stacji w Ustrzykach wysiedliśmy około godziny 22.00. Dookoła kompletna ciemność, nic nie widać. Mnóstwo śniegu wokół, bo zima była wtedy bardzo śnieżna. Gdzie ja jestem? Janka mówi do mnie, choć spokojnie z nami. Biorę więc swoją walizkę i ruszamy. Idziemy wąziutką drogą rozgarniętą konnym pługiem odśnieżnym. Droga bardzo mi się dłużyła a przebyta odległość zdawała się ogromna. W końcu Janka pokazała mi cel mojej podróży. Patrzę, w dole po lewej stronie drogi stoi jakaś kucza przysypana śniegiem, ja mówię: przecież tu nie ma domu. Jest, jest popatrz dokładnie tam widać światło- odpowiedziała znajoma. Wszedłem do domu. Przywitał mnie płacz mamy. Ja też się rozpłakałem i popłakaliśmy sobie wszyscy nad naszym losem. Gdzie nas tu przywieziono i co my teraz zrobimy? Pamiętam z tego pierwszego pobytu wyjście do kościoła do Ustrzyk na Pasterkę. Proboszczem był wówczas ksiądz Centelewicz. Po świętach pojechałem z powrotem do Zduńskiej Woli. Podróż odbyłem tą samą drogą, bo pociąg był wtedy praktycznie jedynym środkiem lokomocji. Wszystkie wagony były bardzo zatłoczone, więc najczęściej podróżowałem na korytarzu siedząc na swojej walizce. Ponownie odwiedziłem rodzinę na Wielkanoc. Po zakończeniu roku szkolnego pojechałem na wakacje do Ustrzyk Dolnych z myślą, że po wakacjach wrócę do swojej szkoły w Zduńskiej Woli. W połowie sierpnia napisałem do mojej szkoły Księży Orionistów list z zapytaniem o szczegóły nowego roku szkolnego. Dostałem w odpowiedzi list z moimi dokumentami i informacją, że decyzją władz szkoła została rozwiązana. Tak więc nie miałem dokąd jechać i musiałem zostać w Ustrzykach i tutaj podjąć dalszą naukę. Niezwłoczne poszedłem z ojcem do ówczesnego dyrektora szkoły Leona Puszczałowskiego celem zapisania się do odpowiedniej klasy. Dyrektor po obejrzeniu moich papierów stwierdził, że takiej szkoły, w jakiej byłem, on nie uznaje i może mnie owszem przyjąć, ale do ósmej klasy, bez konieczności zdawania egzaminów. Mój ojciec, jako człowiek obyty i uparty nie zgodził się z tym i pojechaliśmy ze skargą do Kuratora Oświaty w Rzeszowie. Kurator, po zbadaniu sprawy, wydał dyrektorowi polecenie przyjęcia mnie do 9 klasy. W ten sposób stałem się uczniem ustrzyckiego liceum i zamieszkałem w Brzegach Dolnych. Rozpoczęło się moje życie w Ustrzykach Dolnych.
Franciszek Nowak - przesiedleniec w ramach „Akcji HT”. Wszechstronny sportowiec, wspaniały sztangista. W podnoszeniu ciężarów osiągnął znaczne sukcesy sportowe na arenie ogólnopolskiej. Trener i skuteczny animator w Ludowych Zespołach Sportowych. Aktywny działacz ludowy. W latach 1976 – 1991 dyrektor Zespołu Szkół im. Tadeusza Kościuszki w Ustrzykach Dolnych.
Notował: Marek Prorok
|
|
 |
[2/114] Początkowo Ustrzyki były dla mnie miejscem zsyłki |
|
|