Kto nie chciałby być pięknym, zdrowym i do tego bogatym? Pewnie każdy. Jednak wielu z nas z tych dwóch pierwszych cech w części by zrezygnowała na rzecz tej trzeciej, gdyby bogactwo było uzależnione od dobrze wykonywanej i za to dobrze opłacanej pracy. Niestety tak nie jest. Kiedy słyszę ile zarabiają pracownicy bieszczadzkich firm, to włos się jeży na głowie. Stawka czterech, pięciu złotych za godzinę to norma, sześć zł to szczyt marzeń. Łatwo więc obliczyć, że np. przy dwustu godzinach wyjdzie nam oszałamiająca suma ośmiuset, tysiąca zł. Jeśli odjąć od tego podatek i ubezpieczenie pozostanie nieco ponad sześćset zł. na rękę. Gdy ma się na utrzymaniu cztero-osobową rodzinę to wypadałoby sobie tylko strzelić w łeb. Ludzie jednak tego nie robią, choćby właśnie ze względu na rodzinę. Buntować się przeciw tak niewolniczemu traktowaniu też nie chcą, zdając sobie sprawę z konsekwencji. Za bramą zakładu czekają następni, którzy przynajmniej na początku zgodzą się na pewno na tak niskie zarobki, przynajmniej do pierwszej wypłaty. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że bezrobocie sprzyja patologicznym zachowaniom. Prowadzi to do rozszerzenia się szarej strefy, zmory Urzędów Skarbowych. Te ostatnie próbują z tym zjawiskiem walczyć. Wydaje się jednak, że przy tak dużym głodzie pracy walka ta skazana jest na niepowodzenie, choć nie we wszystkich przypadkach.
Ostatnimi czasy przeglądając prasę, czy też czytając ogłoszenia i anonse na miejskich tablicach, doszedłem do wniosku, że pojawiła się nam nowa grupa zawodowa, zwana „korepetytorami”. Zajęcie, jak zajęcie, ale i też w większości przypadków bardzo intratne. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że są to w większości ludzie dwóch zawodów, bo poza stałą pracą korepetycje stanowią dodatkowe niezłe źródło zarobków. Stawka jest ustalona i wynosi od 20 do 30 zł za godzinę lekcyjną. Choć ostatnio gdzieś przeczytałem, że ktoś krzyknął zaledwie 10 zł pewnie jego, czy też jej pazerność nie przekroczyła jeszcze granic przyzwoitości.
Uśredniając, dwie godziny lekcyjne dziennie po dwadzieścia pięć zł razy pięć dni w tygodniu, razy cztery tygodnie daje w miesiącu równy tysiąc zł. jeśli nawet mniej to i tak są to pieniążki czyściutkie jak śnieg w zimie, bo bez żadnych obciążeń. Liderami są ci udzielający korepetycji z języków angielskiego, niemieckiego, rzadziej z francuskiego, czy powracającego do łask rosyjskiego. Większość pobierających korepetycje to dzieci i młodzież, których rodzice płacą każde pieniądze, żeby tylko ich pociecha podciągnęła się w języku. Guzik ich obchodzi czy uczący odprowadza jakiś tam podatek, czy też nie. Z drugiej strony poziom tych korepetycji w wielu przypadkach pozostawia wiele do życzenia, ale na poziomie szkoły do której dziecko uczęszcza pewnie wystarcza.
Gdzie te czasy kiedy korepetycji udzielali nauczyciele w szkołach. Nazywało się to wtedy zajęciami wyrównawczymi i co ważne były one bezpłatne. Przez to, co napisałem wyżej chciałem unaocznić niektórym urzędnikom tej szacownej instytucji finansowej, że nie stoją tak całkiem na straconej pozycji. Sprawdzenie ilu korepetytorów zajmuje się tym zajęciem legalnie nie powinno chyba sprawić większych kłopotów, wystarczy chcieć.
Nie mam nic przeciwko korepetycjom. Wiem, że jest to zjawisko z tendencją do wzrostu, wszak nauka to najlepsza z inwestycji, niech więc to trwa. Chcę tylko, by w tym biznesie jak w każdym innym panowała przejrzystość. Zarabiam, to płacę podatki jak każdy inny.
Marek Szczerbic
|