Nasze POŁONINY - Bieszczadzkie Czasopismo Regionalne Artykuły Forum dyskusyjne Galerie Ogłoszenia 
Baza noclegowa   Baza gastronomiczna   Dyżury aptek   Rozkład jazdy autobusów   Plan miasta
Strona główna

Archiwum
Pisane w Bieszczadach
Szukaj w serwisie:
Redakcja

Kontakt

    Gazeta / moduły
    Serwis internetowy

    Baza noclegowa
Baza noclegowa

Artyku³y » ~ Archiwum » [Nr 16/76] Czy to jeszcze święta Bożego Narodzenia, czy już Coca-Coli?


Wiesław Stebnicki - Redaktor Naczelny 'Naszych Połonin'
Nie chcę już takich świąt jak teraz. Zwłaszcza, że mam jeszcze w pamięci te tradycyjne. Nie chcę świąt, które według biznesmenów i handlowców zaczynają się już dzień po święcie zmarłych. Rozpoczyna je kawalkada rozświetlonych samochodów wiozących coca – colę pokazywana w reklamach telewizyjnych i okraszona kretyńską przyśpiewką- "coraz bliżej święta, coraz bliżej święta…". Nie chcę świąt, kiedy dom nachodzą kilkadziesiąt razy dziennie grupy wyrostków bez przebrania udających kolędników, a znających ledwie dwie linijki jednej i tej samej kolędy. Nie chcę świąt gdzie w co drugim ogródku lub na co drugim balkonie stoi paskudny, ogromny dmuchany Mikołaj. Nie chcę świąt gdzie ich synonimem jest wiązka jemioły. Jemioła to pasożyt, rak pijący soki ze zdrowych drzew. Jak można raka traktować jako symbol zdrowych i wesołych świąt. Proszę mi pokazać osobę z radością przyjmującą wiadomość, że właśnie wykryto u niej raka. Nie chcę świąt z drzewkiem, które niczym nie przypomina naturalnego świerka, czy jodły. Przecież ścięcie miliona naturalnych choinek czyni milion razy mniejsze szkody w ochronie przyrody , niż utylizacja miliona choinek plastykowych. Nie chcę świąt ze sklepami, w których każdy towar ozdobiony jest rysunkiem Mikołaja, choinki, betlejemskiej szopki, powtarzam, każdy towar wliczając w to proszki do prania, mydło ale także papier toaletowy. Nie chcę świąt gdzie w każdym odwiedzanym domu jem jednakowo wyglądające i smakujące ciasto, jednakowo wyglądającą i smakującą jak tektura wędlinę. Wszak wszystko pochodzi z kilku zaledwie wielkich firm i dzięki unijnym nakazom i normą nie może mieć żadnych cech indywidualności. Nie chcę świąt w trakcie których telewizja zamiast tradycyjnych polskich kolęd serwuje odgrzewane od kilkudziesięciu lat anglojęzyczne niby świąteczne przeboje. Zastanawiam się kiedy wśród tradycyjnych 12 wigilijnych potraw znajdą się hamburgery, chisburgery, fischburgery zestawy z KFC, kompot ze śliwek zastąpią mleczno- czekoladowe szeiki, coca i pepsi –cola, a barszcz z uszkami lub żur gorący kubek. Nie chcę świąt gdy dzieci pod choinką znajdują anorektyczce lalki Barbi, ubranych w kretyńskie stroje z pelerynką Super lub Spaider menów. Nie chcę świąt kiedy każdy stawia na stole talerz dla niespodziewanego gościa, a gdyby ten się naprawdę zjawił nikt by go i tak do domu nie wpuścił. Nie znoszę nowych handlowo- marketingowych świąt polegających na nieustannym liczeniu pieniędzy przez tych co wydali je na zakupy, oraz przez tych którzy otrzymali je od kupujących. Nie chcę świąt w trakcie których w wigilię obłudnie nie można nawet wypić lampki wina, a w pozostałe dwa dni wali się wódę litrami by zabić nudę powodowaną brakiem zajęcia, powtarzanymi po raz setny filmami w telewizji, brakiem lub nieumiejętnością rozmowy. Gdyby moje święta miały tak wyglądać wolę żeby nigdy ich już nie było.
Sam pamiętam bowiem całkiem inne święta. Święta gdy w domu stało naturalne drzewko, a jego największą ozdobą prócz bombek były zawijane w złotko orzechy, pomarańcze, czekolada. Pod choinką czekała ciekawa książka, edukacyjne gry, sprzęt sportowy, pluszowe zwierzaki i lalki przypominające prawdziwych ludzi. Na stole 12 potraw w każdym domu niby takich samych , a jednak innych bo robionych przez panie domu, a te specjalizowały się każda w innej potrawie. Wędliny waliły swoim zapachem z nóg wszak robili je domorośli masarze. Dzięki temu nie było dwóch jednakowych kiełbas, czy szynek. Domowy śledź niczym nie przypominał- w dobrym tego słowa znaczeniu- dzisiejszego octowatego wyciąganego z gustownych wiaderek. Po mieście krążyło cztery, pięć grup kolędników, którzy podzielili teren miasta już przed świętami by nie nachodzić domów wielokrotnie. Zresztą kolędnicy dawali prawie godzinne przedstawienie za które warto było dać kilka złotych. Nikt wtedy przy stole nie liczył pieniędzy. Stało bowiem na nim to na co rodzinę było stać. Święta były bowiem okazją do rodzinnych spotkań, długich rozmów, wspomnień. Kolęd nie słuchało się w telewizji, a śpiewało samemu. Sam mimo, że nie jestem jakimś ortodoksyjnym katolikiem mógłbym zawstydzić wielu dzisiejszych kolędników moją znajomością kolęd. Święta stwarzały okazję do spaceru po mieście , lesie, wszak telewizja nie była na szczęście pełna kanałów i kolorów. Łyżwy, sanki, narty to był wtedy standard, dziś jest dziwaczny wyjątek. Towarów w sklepach nie zdobiły rysunki ze świątecznymi atrybutami, a wystawy ozdabiano na tydzień przed świętami. Mówiąc krótko było świątecznie, duchowo a nie handlowo- marketingowo. Dla mnie już tak zostanie na zawsze. Natomiast w kraju tuż po zdjęciu świątecznych wystaw i ozdób po karnawale, czyli gdzieś na początku lutego pojawią się na wystawach sklepów i towarach które się w nich znajdują wielkanocne zajączki, baranki, kurczątka i bazie wszak do świąt wielkanocnych pozostanie tylko dwa miesiące.

Wiesław Stebnicki

[Nr 16/76] Czy to jeszcze święta Bożego Narodzenia, czy już Coca-Coli?



Imiê
E-mail
Temat
Tre¶æ
Przepisz kod:

 

© 2003-2012 Nasze Po³oniny - Bieszczadzkie Czasopismo Regionalne

Wykonanie i administracja strony: JWK WebStudio