Posadził dziadek rzepkę w ogrodzie...
Ogródki działkowe. Och te wspomnienia. czyściutkie, schludne, dopieszczone jakby ręką artysty. Rabaty kwiatowe przeplatające się z grządkami warzywnymi. Wszystko równiutkie, prościutkie jak pod sznurek. Przeżytek PRL-u dla jednych, oczko w głowie i powód do dumy dla drugich. Enklawy zieleni i czystego tlenu w betonowej aglomeracji miejskiej. Niestety i tutaj odczuwamy efekty postępu cywilizacyjnego. Ogrody działkowe wytwarzają coraz więcej odpadów i śmieci. I coraz częściej możemy się przekonać, że nie wszystkie one trafiają na wysypiska.
często odwiedzam te miejsca dla czystej przyjemności. Ogrody działkowe mają swój swoisty koloryt. Granice działek zacierają wszelkie różnice. I te kulturowe i te zawodowe. Tutaj króluje niepodzielnie działkowiec. I wydawać by się mogło, że przenikające się nawzajem nacje mają zbawienny wpływ na to środowisko. Że tutaj można nabyć pozytywnych cech i nauczyć się od siebie pozytywnych zachowań. Niestety nic bardziej mylnego i nie jest to jak widać takie proste. Wystarczy wejść w okalające najbliższe otoczenie działek lasy, żeby się przekonać czego potrafi dokonać „prawdziwy działkowiec”.
Walające się wszędzie opakowania po środkach ochrony roślin, butelki , papiery, porozbijane części mebli. Ba udało mi się natknąć nawet na starą kuchnię gazową, wannę i zlewozmywak. To tylko niewielka część tego co można znaleźć wokół trzech ogrodów działkowych. Już słyszę głosy oburzenia. To przecież nie ja... I tutaj zgoda. Nie wszyscy działkowcy to brudasy i niechluje, dla których działka jest najważniejszą , a pozostałe otoczenie się nie liczy. Tylko jeżeli się żyje w takiej społeczności, grupie, to samokontrola i kontrola zachowań innych jest nieodzownym czynnikiem istnienia i funkcjonowania takiej grupy. Inaczej mówiąc , dawać przykład i żądać tego samego od innych.
Nie lepiej sytuacja wygląda w innych miejscach miasta. Szczególnie można to zauważyć na jego obrzeżach. Zbieg ulic Gombrowicza i Łukasiewicza. Osiedlowa myjnia samochodowa. Przy okazji nieformalna stacja paliw. A w potoku można znaleźć wszystko. Od butelek po olejach, puszki po smarach, szmaty, aż po wyrzucone stare zbędne meble.
Ta wyliczanka miejsc mogłaby trwać w nieskończoność. Szkoda na to mojego czasu i papieru. Chodzi o pokazanie problemu. Problemu, którego jeśli już nie całkowite zlikwidowanie, ale choćby jego ograniczenie leży w interesie nas mieszkańców, ale też całej administracji samorządowej. Profilaktyka ale również surowe kary dla brudasów, to jedyne w tej chwili wyjście.
Będę powtarzał po stokroć, aż do znudzenia. Jeżeli Ustrzyki Dolne, tak jak aspirują, chcą być turystyczną stolicą Bieszczadów, to nie wystarczy im deptak w centrum miasta.
Rasowy turysta tu przyjeżdżający po centrum chodzić nie będzie. Jego interesują szlaki turystyczne. A te jakoś tak paradoksalnie i pechowo zostały wyznaczone na obrzeżach miasta. Właśnie tam, gdzie śmieci wala się najwięcej.