:: [Nr 3/79] Między dowcipem a zadumą
Artyku³ dodany przez: Redakcja (2009-03-19 11:27:10)

W bieszczadzkiej przeszłości turyści się gubią. Wertują wstępy do przewodników, wgłębiają się w dzieje wołoskiego osadnictwa, w średniowieczną lokację miast. Z płytką historią jest gorzej. Przeszłość sprzed ledwie dziesiątek lat jawi się bowiem jako porozrywany zbiór zdarzeń.
- Oni tu, w tych Bieszczadach, są sto lat za Murzynami, tu PRL chyba się nigdy nie skończy, widać, że same matoły tu mieszkają. Dobitnie powiedziane; warto posłuchać dalej. Przy piwnych stołach na Przełęczy nad Berehami turysta głośno peroruje w gronie przyjaciół z kilku tuż obok zaparkowanych samochodów z tą samą rejestracją z centrum Polski. Wymienia Lesko, Baligród, Jabłonki, Cisnę. Wystarczyło zapamiętać mocne, kwalifikujące bieszczadzkich tubylców słowa, usłyszeć katalog miejscowości, by wiedzieć o co chodzi. O leski pomnik Armii Czerwonej, o obelisk milicjantów, o baligrodzki czołg i cmentarz, o generalski monument w Jabłonkach, o milicyjny pomnik na ciśniańskiej Betlejemce. Turysta jest wyraźnie zbulwersowany.


Bywa, że jest jeszcze gorzej, bowiem łatwo o pełną dezorientację. Łatwo można przestać cokolwiek rozumieć. Wstąpi turysta do „Siekierezady” w Cisnej, do „Cienia PRL-u” w Dołżycy, rozejrzy się po specyficznym wystroju sal i ma wrażenie uczestnictwa w historycznym happeningu. Tu – jak w wielu podobnych lokalach w kraju - niedawną jeszcze przeszłość kwituje się kpiącym uśmiechem i nic w tym zdrożnego. Ale też w tym momencie turysta się gubi, już sam nie wie, czy te rozrzucone między Leskiem a Cisną pomniki są elementem szerszego, rozciągniętego na całe Bieszczady happeningu, elementem historii dziś traktowanej w kategoriach rozrywki, czy też są ostoją pamięci, refleksji, zadumy. Restaurowana jest greckokatolicka baligrodzka cerkiew. I dobrze, że jest restaurowana. Można ją traktować w kategoriach obiektywnych, właśnie jako zabytek, ale można też w kategoriach nieodzownego elementu lokalnej historii. Wobec starego baligrodzkiego kościoła, wobec monumentu upamiętniającego tragedię masowego mordu polskiej ludności dokonanego przez UPA w sierpniu 1944 r., właśnie cerkiew stanowi historyczny punkt odniesienia, bez którego, gdyby rozsypała się do końca, historia Baligrodu byłaby ułomna, niejasna, trudna komukolwiek do wytłumaczenia. Takiej kompozycji przeszłości w sensie dosłownym nie przedstawiają materiały promujące region, ale spacerując po Baligrodzie i rozglądając się wokół, należy umieć samemu ją odczytać. – Iść na ten cmentarz czy szkoda czasu – zastanawia się grupka młodych wędrowców odpoczywająca na ławce opodal czołgu. – A kto tam leży? – Ruscy i nasi utrwalacze władzy ludowej – odpowiada jeden z turystów zagłębiony w lekturze przewodnika. Formalnie poprawnie powiedziane, ale... Ale „Ruscy” to w znacznej mierze miejscowi Ukraińcy w miarę posuwania się frontu wcielani do Armii Czerwonej i natychmiast, towarzysząc czołgom, jako mięso armatnie rzucani w bój o karpackie przełęcze. I drugie „ale”: utrwalacze polegli w obronie bieszczadzkich Polaków, polegli z rąk tych, którzy zasilili szeregi UPA, nim zdążyło ich zmobilizować radzieckie wojsko. Przewodnik w skróconej formie czystą prawdę czarno na białym podaje, ale prawda potrafi mieć też i inny smak, i szerszy wymiar.


Nie ma powodu, by tysiące w kraju ulic i setki szkół legitymowało się imieniem Świerczewskiego. Generał „Walter” w Poznaniu, Łodzi czy Toruniu jest zbędny i śmiało można o nim zapomnieć. W Jabłonkach zbędny nie jest. W powszechnym odczuciu jego ostatnia misja, inspekcja dalekich garnizonów, nie była najistotniejsza. Istotne, przez jego tu obecność, było wzmocnienie morale polskiej ludności; w dorosłych, w starców i dzieci miała wstąpić nadzieja na noce bez krwistych łun. Nadzieja inna niż dotycząca co najwyżej kolejnego dnia. Można z polskiego punktu widzenia potępiać generała za rok 1920, można – jeśli ktoś taki ma punkt widzenia – za Hiszpanię, można za nieudolność pod Budziszynem i za podpisywane wyroki śmierci na żołnierzy podziemia. Argumentów przeciw jest wiele, i dlatego ulice i szkoły... Ale argument historii w lokalnym bieszczadzkim wymiarze jest mocny. I dlatego w Jabłonkach Świerczewski ma swoje trwałe miejsce. Tu jest naprawdę u siebie, nie za darmo przecież.
Pomnik w Cisnej, pomnik w Lesku. Pomniki utrwalaczy? Tu, w Bieszczadach, karabin i biało-czerwona milicyjna opaska świadczyły o czynnym uczestnictwie na powojennym froncie zaplątanym w narodowościowym labiryncie. Do turysty z drugiego krańca kraju być może łatwiej dotrze, że to tacy sami utrwalacze jak ci, którzy od źródeł aż po ujście Odry w tym samym czasie ginęli od kul bojówek Wehrwolfu. Turystę, którego klują w oczy relikty PRL-u, warto zachęcić do lektury zwykłej książki telefonicznej, do zestawienia z nią nazwisk z płyty przy pomniku, by zrozumiał, że właśnie w tej chwili na leskiej ulicy mija go syn, wnuk czy bratanek milicjanta ujętego w wykazie poległych. Historia zamknięta jest w kamieniu i spiżu; historia jest wciąż otwarta w pamięci pokoleń. I nie są to dwie różne historie.

Jakub Demel


adres tego artyku³u: http://www.naszepo³oniny.pl/articles.php?id=544